The Mars Volta – De-Loused in the Comatorium (…wewnętrzny feeling)

Posted in Recenzje tagi , , , , , , on Luty 3, 2010 by Piotr Nowak

Co można napisać jeszcze o tej płycie? Opisać uczucia targające mną podczas pierwszego odsłuchu “De-Loused In The Comatorium”? Lubię wyzwania, ale to przekracza moje możliwości, bo słowa nie są w stanie opisać jak wiele myśli przewijało się wtedy przez mój umysł. Płyta ukazała się nakładem największej wytwórni płytowej w przemyśle – Universal Music. Produkcją zajął się sam Rick Rubin. W zasadzie już te fakty powinny gwarantować sukces.

Opisując muzykę zespołu, niejeden recenzent połamał sobie pióro. Najprościej rzecz ujmując – debiutancki album zespołu The Mars Volta prezentuje niezwykle udaną mieszankę jazzu, punk rocka, hardcore’u i “wszędobylskiej” muzyki latynoskiej, ale także psychodelii spod znaku Pink Floyd, czy też King Crimson. Dużo tego? Nic dziwnego, że podstawą płyty jest przecież nieustające rozchwianie. Słuchając kolejnych utworów można odnieść wrażenie, że zespół jest rozstrojony i gra nierówno, jednak ta pozorna chwiejność, poszczególnych kompozycji wynika raczej z wewnętrznego feelingu znakomicie rozumiejących się muzyków, a niżeli z niekontrolowanego chaosu. Fakt ten dziwić nie może w końcu Omar Rodriguez (gitarzysta), oraz Cedric Bixler-Zavala znali się już wtedy doskonale z poprzedniej formacji, którą razem tworzyli.

W zasadzie każdy numer na płycie, jest jak gdyby z zupełnie innej bajki. To co spina “De-Loused In The Comatorium” w całość to finezja i wyobraźnia Latynosów. Zespół dopieścił tu do perfekcji wszystkie dotychczasowe patenty, zarówno te znane z wydawnictw At The Drive-In, jaki i wypracowane podczas sesji nagraniowej do mini albumu “Tremulant”, który po raz pierwszy w pełni ukazał jak dużym potencjałem dysponują jego twórcy. Nerwowe zakręty, łamańce rytmiczne, noise’owe gitary, które raz za razem wpadają w psychodeliczną mgiełkę. Często zdarza się też, że główny riff uzupełniony jest o całą gamę “kosmicznych” efektów, które nie tylko urozmaicają całość, ale także zapadają w pamięć na dłużej. Świetnie wypada to w jednym z najlepszych kawałków na płycie – “This Apparatus Must Be Unearth”. Kilka słów uznania należy się również sekcji rytmicznej złożonej z Jona Theodore (perkusja) i gościnnie zaproszonego do składu zespołu Flea (gitara basowa, Red Hot Chilli Peppers), który nagraniem “Drunkship Of Lanterns” przypomniał sobie chyba ile radości na twarzy słuchaczy (a przynajmniej mojej) sprawiają jego “funkujące” pochody basowe. Dużo tutaj także nawiązań do hipnotyzującego, psychodelicznego grania, chociażby taki “Cicatriz” czy zamykający całość “Take The Vail Cerpin Taxt”.

Jeśli już o atutach mówimy to zarówno teksty jaki i same wokale do nich zaliczyć należy. Album opowiada historię, która inspirowana była losami niejakiego Julio Venegasa, bardzo bliskiego przyjaciela Cedrica i Omara. Duża część płyty mówi o stanie śpiączki w jaka zapadł Julio (który w samych tekstach występuje jako Cerpin Taxt) po przedawkowaniu morfiny. Głos wokalisty jest bardzo zróżnicowany, Zavala przestał wydzierać się jak nastolatek, jego głos nabrał głębi, w niesamowity sposób kontroluje melodie. Czuje się w nim szaleństwo, ból, emocje, rozdarcie pomiędzy psychodelicznym światem urojeń, a szara przytłaczającą rzeczywistością.

8/10

Soulfly – Conquer (…bezduszna pokazówka)

Posted in Recenzje tagi , , , , on Styczeń 14, 2010 by Piotr Nowak

Ostrzyłem sobie ząbki na ten krążek. Trudno żeby było inaczej po znakomitym krążku „Dark Ages”, który przywrócił mi wiarę w twórczy kunszt Maxa Cavalery, kolejny album miał tylko potwierdzić klasę Soulfly. Miało być miło. A jak jest w rzeczywistości ? Z bólem serca muszę przyznać, że pułapu wysokości poprzedniego krążka – „Conquer” nie zachował, ale też nie rozbił się o najbliższy szczyt. Po prostu będzie nam dane uczestniczyć w locie, pełnym turbulencji, niezrozumiałych zachowań głównodowodzącego, czy bezzasadnych napadach wściekłości jego kompanów.

Nie śmiałbym w tym miejscu podważać umiejętności technicznych Cavalery i spółki, bo one są na wysokim poziomie. Chodzi mi tu bardziej o praktyczne wykorzystanie wcześniej nabytych zdolności. Nie brakuje tutaj na pewno ciekawych kombinacji, perkusyjnych udziwnień, ale mam wrażenie nie są one wynikiem przemyślanych i rozsądnych kalkulacji zespołu, a raczej „pokazówką”. W tym całym bałaganie jedno stwierdzić mogę na pewno – początek płyty podoba mi się bardziej, a to z prostej przyczyny. Jest bardzo żywy, zagrany ze specyficznym groovem, do którego Soulfly przyzwyczajał nas przez lat. Zero zaskoczeń, za razem zero jakiegokolwiek ryzyka? Być może, ale Panowie grają na tyle soczyście, że można im to wybaczyć. Zważywszy na fakt, że im dalej w głąb płyty tym gorzej. Zespół raczy nas nie tylko mało charakterystyczną grą, ale i przeciętnym wykonaniem. Cóż, Max nie ma już 20-lat i widocznie trash/death metal mu już tak nie służy, tak jak kiedyś. I jakby świadom swoich braków na tym poletku, na sam koniec serwuje nam subtelny akcent w postaci kolejnej szóstej części „Soulfly”.

Ogólne wrażenie poprawić na pewno może ciekawa oprawa graficzna i dopracowane do perfekcji brzmienie, ale to tylko mały plus. Niestety. Tym razem musi się obejść bez fajerwerków i szampana. „Conquer” to przyzwoity album, nic więcej.

5/10

Blog Roku 2009

Posted in Inne tagi , on Styczeń 13, 2010 by Piotr Nowak

Tak, tak – przyznam się i to bez żadnych klapsów – ten blog również tam jest. Jak to się mówi “reklama dźwignią handlu”. Z tego też miejsca chciałbym bardzo mocno zachęcić Was do głosowania na swój ulubiony blog w  konkursie onet-u. Drugi etap rozpoczął się z dniem wczorajszym, było by mi bezwzględnie miło, gdyby ktoś odważył się oddać swój głos na Ignoranta.

Jeśli podoba Ci się moje pisanie: klik

Wyślij SMS (tylko pamiętaj – babci telefonu nie zabieraj!) o treści E00129 na numer 7144

Będę wdzięczny za każdy oddany głos! Koszt SMS’a wynosi 1,22 PLN

Japadroids – Post – Nothnig (…z pełna premedytacją)

Posted in Recenzje tagi , , , , , , , , on Styczeń 11, 2010 by Piotr Nowak

Po serii, mini albumów i nie cichnących głosach zachwytu wszelkiej maści recenzentów, Japandroids wydało w końcu debiutancka płytę długogrającą. Ten nad wyraz sprawnie działający duet dzięki „Post – Nothing” stał się jedną z największych sensacji ostatnich miesięcy w branży muzycznej. Na czele formacji, dzielnie ramię w ramię (jak zresztą widać na załączonym obrazku) stoi dwójka młodzików z Vancouver – Brian King i David Prowse. Pierwszy z nich zdziera gardło i szarpie za struny swojej gitary elektrycznej. Drugi wrzeszczy zdecydowanie mniej, ale ma za to dużo więcej czasu na to by z pełna premedytacja poobijać zestaw perkusyjny.

To co przynosi ta współpraca, dobrze charakteryzuje już otwierająca album drapieżna tryskająca młodzieńca energią kompozycja „The Boys Are Leaving Town”. Panowie brzmią surowo i oszczędnie, ale przy tym mocno i rzeczowo. Dobrze wiedzą też jak zamieszać tak, żeby działo się naprawdę dużo („Young Hearts Spark Fire”). Wiadome jest jednak – hałasować może dosłownie każdy – sztuką jest skonstruować z tego jazgotu prawdziwą muzykę. A to muzykom Japandroids na całe szczęście to się udaje. Po pierwsze dlatego, że oni naprawdę potrafią grać na swoich instrumentach. Po drugie mają łeb na karku i kombinują na tyle dużo, a przede wszystkim na tyle ciekawie, że raczej trudno jest się przy „Post – Nothing” znudzić. Jest kilka świeżych, własnych pomysłów, zagranych tak jakby od niechcenia, całkiem instynktownie („I Quit Girls”). Nadmienić należy również przy tym, że chłopaków nie ominął talent do zgrabnych melodyjnych refrenów – nie są one może i nadzwyczaj wybitne, ale po dłuższym obcowaniu z tym longplayem, zostawiają swój trwały ślad w pamięci.

Oczywiście przepis na taka muzykę nie jest niczym nowym. Całość mieście się w dość pojemnym przedziale alternatywnego rocka, chociaż to mocno naciągana teoria. Sami muzycy swoją twórczość określają mianem garage punk rock. I tego bym się raczej trzymał. Sporo tu w pełni świadomych zapożyczeń (McLusky, At the Drive-In), które chytrze spleciono z niezwykle ciekawą i szorstką stylizacją brzmieniową. Bywa jazgotliwie i brudno, jednakże w żadnym wypadku nie nazwałbym tej muzyki chaotyczną.

Ten album od pierwszego odsłuchania może wciągnąć. Na pewno zaś daje pojęcie, o tym na czym polega siła tego duetu. „Post – Nothing” to zdecydowany krok w naprzód w karierze tego zespołu – styl Japandroids okrzepł, ta muzyka brzmi dojrzalej niż na dwóch poprzedzających ją mini albumach („All Lies” – 07′ i „Lullabye Death Jams” – 08′).  Brawo!

7/10

Ephel Duath – Through My Dog’s Eyes (…pieskie życie)

Posted in Recenzje tagi , , , , on Styczeń 7, 2010 by Piotr Nowak

Włoska formacja Ephel Duath, jeszcze kilka lat temu wydawała się jedną z najciekawszych grupy w konkurencji: avant-garde metal. Okazuję się jednak, że nagrany w 2003 roku album „The Painter’s Palette” wyznaczył szczyt możliwości twórczych zespołu. Od czasu jego wydania, lider grupy Davide Tiso, zdecydował się wymienić praktycznie cały skład. Doszło do kilku nieprzemyślanych do końca roszad, które osłabiły i to w radykalny sposób siłę grupy. Obok mało znanych muzyków, pojawia się tutaj niemiecki perkusista Marco Minneman, który okazał się najjaśniejszym punktem tych wszystkich transformacji.

Tytuł płyty wskazywałby na to, że będziemy mieli do czynienia z surową, żywiołową nieokiełznaną, wyszczekaną muzyką. Nic z tych rzeczy. Utwory są krótkie, proste i co jest ich największą wadą – nudne jak flaki z olejem. “Through My Dog’s Eyes” to chyba najlepszy dowód na to, jak duży wpływ na formę prezentowana przez zespół, jak i samą muzykę przezeń wykonywaną mogą mieć zmiany personalne. Trzech nowych muzyków i poważna zmiana koncepcji grania. Jakich więc dźwięków można oczekiwać po „nowym” wcieleniu Ephel Duath? O ile wcześniej zespół ten wyróżniał się przywiązaniem do hardcore’owej tradycji, teraz niechybnie zmierza w kierunku progresywnym. Co, zważywszy na technicznymi możliwościami muzyków, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tak na dobrą sprawę to oprócz lidera, tylko perkusista wybija się ponad przeciętność.

Od pierwszej do ostatniej sekundy trwania „Through My Dog’s Eyes” doskwierać nam będzie kompletny brak pomysłu na kompozycje i jeżeli, już coś zaczynie się układać w logiczny ciąg zdarzeń, jak na przykład w trzecim na krążku „Breed”, utwór nagle urywa się. Podobnie sprawy się mają z kompozycjom „Silent Door”, która może i rozwija się w dość ciekawy sposób, jednakże w dlaszej części nagrania dźwięki rozbiegają się na tyle daleko od siebie, że trudno jest ogarnąć cały ten bałagan. Aż prosi się o większą ilość szybszych partii, które nie tylko zatuszowałby niedociągniecia techniczne muzyków, a najpewniej sprawiłyby, że materiał zabrzmiałby nieco bardziej interesująco. Brak jest tu urozmaiceń, brakuje czegoś na czym można by zawiesić ucho, co można by zapamiętać. Tym bardziej, że wokale również  pozostawiają sporo do życzenia.

Through My Dog’s Eyes to płyta wyjątkowa. Płyta, której dałem kilkadziesiąt szans, cierpliwie czekając, aż odsłoni swoje piękno. Naprawdę nie muszę być w wniebowzięty od razu, ale żeby raz, drugi, trzeci, dziesiąty i nic? Nowy krążek Włochów dzielnie stawia opór słuchaczowi. Nie to nie, w końcu tyle płyt czeka jeszcze na odkrycie.

5/10

Muzyczne podsumowanie roku 2009 (Świat)

Posted in Muzyczne Podsumowanie tagi , , , , , on Grudzień 26, 2009 by Piotr Nowak

Mocno subiektywne i egoistyczne podsumowanie roku 2009!

Płyty roku…

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion

Bardzo trudno było mi się zdecydować „Zwierzaki czy Mastodon?”. Ostatecznie zwyciężył kolektyw – Avey Tare, Panda Bear i Geologist, stworzyli płytę bardzo równą z początku duszną i neurotyczną, która z czasem przeradza się w barwną wędrówkę przez świat pop/rockowej psychodelii. Kreatywność muzyków sprawiły, że ta płyta jest kompletna pod względem aranżacji, a jednak wciąż na tyle spontaniczna by porywać masy, tłumy jak i zwykłego Kowalskiego. Drugi utwór na płycie „My Girl” to już całkiem osobna sprawa. To perła nad perłami, przy słuchaniu, której spełniają się najskrytsze marzenia.

Mastodon – Crack The Skye

Takiej płyty po nich chyba nikt się nie spodziewał. Jasne – zapowiadali zmiany, ale żeby aż tak! Album do cna przesiąknięty jest epicką nutą (Rush, Pink Floyd) wymiksowany z tym wszystkim do czego Mastodon nas już przyzwyczaił. Bywa, więc i mocno i stylowo. Genialnym zwieńczeniem całości jest utwór „The Last Baron”, który może przyprawić fanów o drżenie całego ciała. Płyta w której łatwo się jest zakochać. Każdy kolejny odsłuch tylko wzmaga jej piękno. „Crack The Skye” w doskonały sposób rekompensuję muzyczne niedociągnięcia z ”Blood Mountain”, jednak z czasem nachodzi mnie pytanie – „co dalej? w jakim kierunku, tym razem?”

The Flaming Lips – Embryonic

70 minuty muzyki, w której nie mam utworu w pełni dominującego. Faworyzowanie czegokolwiek tutaj było by dużym błędem. Każdy kolejny kawałek stanowi niezbędny element psychodelicznej układanki. Potok cudownych dźwięków wydobywa się tu z każdej pojedynczej nuty. Świetna przemyślana,  zmuszająca do myślenia to płyta, z  tak charakterystycznym dla The Flaming Lips eksperymentalnym posmakiem. „Embryonic” to wydawnictwo, która teraz jak i po kilku latach będzie w stanie pociągnąć za sobą rzesze nowych wielbicieli.

Debiut roku :

Altar Of Plagues- White Tomb

Bardzo lubię zespoły, którym nie wystarczają ramy jednego gatunku. Grupy starające się łączyć pozornie odmienne stylistyki w jedną konkretną i spójną całość. „White Tomb” jest chyba najlepszym dowodem na to, że podążanie za modą nie musi wcale oznaczać ślepego naśladownictwa. Panowie obrali sobie ciekawą  drogę muzycznych poszukiwań – próbują zespolić post rockowe harmonie z blackmetalowym wykopem. Wypadło to na tyle efektownie, że poprzeczka ustawiona została bardzo wysoko – tam gdzie kończy się imitacja, a zaczyna własny niepowtarzalny styl…

Rozczarowanie roku:

Dream Theater – Black Clouds & Silver Linings

Kryzys trwa dalej! Ile to już czasu minęło, od kiedy zespół Dream Theater wydawał płyty naprawdę ważne? Amerykanie nie wyciągają żadnych konkretnych wniosków – żadnych korekt w kursie jaki sobie obrali, gdzieś tak na początku nowego wieku. Od trzech albumów powielają tylko schematy i dziwię się dość mocno, że jeszcze ktoś się na to daję nabrać. Odpoczynek dobrze by im zrobił, ale czy Panowie mają na tyle odwagi by powiedzieć sobie i swoim rozbudzonym ambicjom – stop!

Muzyczne podsumowanie roku 2009 (Polska)

Posted in Muzyczne Podsumowanie tagi , , , , , on Grudzień 26, 2009 by Piotr Nowak

Mocno subiektywne i egoistyczne podsumowanie roku 2009!

Płyty roku…

Antigama – Warning

„Warning” to płyta, która posiada odpowiednią motorykę i całkiem pokaźną dawka agresji, która poprawiła już za pewne krążenie krwi w żyłach u niejednego fana grindcore’u na całym świecie. Bardzo trudno jest tu znaleźć  chwilę wytchnienia – kawałki w płynny sposób przechodzą jeden w drugi, tak że całość robi zabójcze wrażenie. Każda kolejna minuty spędzone z muzyką tej warszawskiej formacji tylko pogłębia wrażenie duchoty – bezduszny klimat wyrażony został w najbardziej ekstremalnej formie. Znajdziemy tu więc wszystko to za co cenimy Antigamę.

Armia – Freak

Powariowali! Jazz-Rock? Psychedelic Rock? Avant-Prog? Ale w tym całym ich szaleństwie jest metoda – tak eklektycznej płyty na polskim rynku muzycznym dawno już nie słyszałem. Eklektyzm w tym przypadku nie oznacza ingerencji elementów zbędnych, a jest to raczej próba przedefiniowania na nowy styl formacji. Najnowsza płyta Armii nie jest dla każdego. To dźwięki skierowana do ludzi o umysłach otwartych na różne formy muzycznej ekspresji w obrębie nowoczesnego grania. Na minus zapisać należy wokale Budzyńskiego, który tym razem śpiewa w języku angielskim – niestety, ale nie wypada to za dobrze.

Furia – Grudzień za grudniem

Podstawowa sprawa  to uzbroić się w cierpliwość, w końcu mało jest rzeczy, które przychodzą łatwo. „Grudzień za grudzień” to płyta specyficzna, którą należy dokładnie przetrawić. Niestety, nie pomoże nam w tym produkcją, która jest szorstka, przez co niektóre partie gitar są słabo słyszalne. Bardzo ciekawie za to przedstawiają się konstrukcje dla poszczególnych utworów, są one poszarpane,  pełne klimatycznych zwolnień, które w mgnieniu oka przechodzą w blackmetalowy sprint.

Debiut roku :

Proghma – C – Bar-Do Travel

Nie wiem na ile ta płyta oddaję charakter całego zespołu, jednak słucha się tej produkcji przyjemnie. Przewijają się tu oczywiście echa wielkich współczesnego metalu (Tool’a, czy też Meshuggah), jednak wszystko w granicach przyzwoitości. Mało tego ostatnie trzy kompozycje odsłaniają miejmy nadzieje kierunek poszukiwań w jakim zespół uda się na kolejnej płycie. Atut to klarowne aranżacje bez poczucia jakiejkolwiek przypadkowości.

Rozczarowanie roku:

Satellite – Nostalgia

Tak jak Satellite mało kto już gra, a co gorsza dla zespołu mało kto chcę tego słuchać. Ta płyta ma 10 miesięcy, a kiedy jej słucham wydaje mi się jakby nagrana została z dziesięć lat temu. Nowych pomysłów wystarczyło kapeli jedynie na dwa pierwsze utwory, to trochę mało jak na zespół z takim stażem.

Ween – The Mollusk (…bezkresny ocean)

Posted in Recenzje tagi , , , , , , on Grudzień 21, 2009 by Piotr Nowak

Napisać dobrą piosenkę na poważny temat to prawdziwe wyzwanie. Nie łatwiej jednak śpiewać o rzeczach błahych, trywialnych, żeby nie powiedzieć bzdurnych, nie popadając przy tym w banał. A to właśnie od bliska trzydziestu lat udaje się dwójce pseudo braci, Aronowi Freemanowi alias “GeneWeen”, a także Mickey’owi “DeanWeen” Melchiondo – komikom z powołania, muzykom z wyboru. To pozornie beztroskie rodzeństwo zawsze trzeźwo oceniało swoje możliwości, nie siląc się na kanonadę niepotrzebnych dźwięków, a raczej na humorystyczne podejście do muzykowania. I taki właśnie jest ich najlepiej oceniany album w dyskografii “The Mollusk” – pełen uroku, pełen humoru.

W muzyce Ween podoba mi się ta prostota i to, że za każdym razem słucha się tego z uśmiechem na twarzy. “Dean Ween” nie jest amatorem, to bardzo dobry gitarzysta – nie żaden tam wirtuoz, gra po prostu to co trzeba. Świetnie odnajduje się w różnych stylach – bo pamiętać należy, że kawałki Ween przy programowej prostocie są bardzo różnorodne. Poczynając od pseudo industrialnych nasyconych elektroniką rodem z Ministry czy Nine Inch Nails – “I’ll Be Your Jonny On The Spot”, na country i rockabilly (“She Wanted To Leave”) kończąc. Między tymi spinającymi płytę kompozycjami odnajdziemy niezliczone pokłady psychodelicznego rocka – “Mutilated Lips”, “Cold Blows The Wind”, a także utrzymany w folkowo-pirackiej konwencji utwór “The Blarney Stone”.

Dużo dobrego można też napisać o wokalach Arona Freemana, które potrafią nadać prostej balladzie odrealnionego nastroju. Weźmy chociażby “It’s Gonna Be (Alright)”, będący czymś na kształt uduchowionej kołysanki. Jest też parę instrumentalnych smaczków. Niby nic wielkiego. Ot, takie sobie mało skomplikowane dłubanie przy klawiszach, ale też ma swój urok. Do prawdy nie mam pojęcia w jaki to sposób to całkiem tradycyjne granie i różne elektroniczne eksperymenty w ogóle się ze sobą nie kłócą. Słuchanie płyt Ween daje wiele satysfakcji, bo mimo nasuwających się co rusz skojarzeń i czytelnych punktów odniesień w historii, nie ma na nich śladu efekciarskiej żonglerki cytatami i niezrozumiałymi aluzjami, lecz czysta, rzetelna i pełna fantazji gra.

Niezwykła to płyta, na miarę takiego małego, aczkolwiek dającego wiele osobistego zadowolenia odkrycia. Wiadomo, Amerykę już ktoś odkrył, ale Bóg jeden wie ile jeszcze małych wysepek czeka na zbadanie na bezkresnym oceanie niezależnego rocka.

8/10

Pure Reason Revolution – Amor Vincit Omnia (mało pomyślunku…)

Posted in Recenzje tagi , , , , , , on Grudzień 19, 2009 by Piotr Nowak

Dawno już nie pisałem recenzji z tak wielkim bólem serca. Poprzedni album formacji “The Dark Third” trafił idealnie w moje muzyczne gusta. Zespół na swoim debiucie zaproponował szereg ciekawych rozwiązań stylistycznych. Owszem: użył przy tym sporej ilości melodii, które z powodzeniem można by podpiąć pod Porcupine Tree, ale już same aranżacje, w których dominowały wielowarstwowe wokalizy i bardzo ciekawe wykorzystanie skrzypiec, mogło robić wrażenie na słuchaczu. Płyta “Amor Vincit Omnia” ukazała się po dość długim oczekiwaniu i powiem szczerze, że mocno mnie zaskoczyła.

Z Pure Reason Revolution, wiązałem dość spore nadzieje. W mojej świadomości funkcjonowali jako grupa, która już za chwilę zrzuci z siebie jarzmo porównań i w pełni zaprezentuje swój własny oryginalny styl. Udało się, ale modyfikacje, które zostały zaproponowane trudno jest nazwać dokładnie przeanalizowanym zwrotem stylistycznym. Jaki problem tkwi w tych nagraniach? Wydaje mi się, że tym razem Jon Courtney, lider zespołu skupił się jedynie na stworzeniu szkiców do utworów. Wiele kompozycji właśnie tak brzmi. Ot tak, niedopracowane riffy, mało wokalnych harmonii, za to cała gama elektroniki i sampli (maskujących braki?). Brak tutaj jakiejkolwiek struktury, wszystko wymieszane jest bez większego ładu i składu. Ma się wrażenie, jakby zespół chciał w dość niedbały sposób pokazać wszystko to, nad czym pracował przez ostatni czas.  Na płycie próżno szukać ciekawych melodii, zmian tempa. To raczej próba budowania nastroju, niestety niezbyt udana. Utwory dodatkowo brzmią tak jakby wykonane zostały wybitnie na odczepnego. Oczywiście nie chcę być źle zrozumiany. I tutaj zdarzają się całkiem ciekawsze fragmenty. Jeśli miałbym już skonkretyzować, to początek płyty wydaje się bardziej dopracowany (“Victorious Cupid”, “II) Apogee III) Requiem For The Lovers”), więcej w nim pomyślunku.

Czasem, źle jest jednak wydać na zbyt dobre debiutanckie wydawnictwo, bo jak tu później sprostać oczekiwaniom rozochoconej gawiedzi? Cóż, tym razem zespół Pure Reason Revolution poniósł klęskę. Nie użyję słowa sromotną, choć ono mnie korci.  Warto jest jednak przyglądać się im uważnie, z mniejszą presją wytwórni i fanów, może być już tylko lepiej.

5/10

Zerova – Hello Tree (balans na granicy…)

Posted in Recenzje tagi , , , , , , on Grudzień 17, 2009 by Piotr Nowak

Na samym początku były marzenia – wiadoma sprawa, tak zazwyczaj przecież bywa. Tak, też i było w tym przypadku. Pochodząca z Białegostoku formacja Zerova to grupa trojga ludzi, którzy swoją pasję, czyli muzykę traktują bardzo, ale to bardzo poważnie. Podejście jak najbardziej słuszne, tym bardziej, że formacja obrała sobie bardzo szlachetna dróżkę muzycznych wojaży, którą jednak do najoryginalniejszych zaliczyć nie mogę.

Umiejętne stosowanie elektroniki polega przede wszystkim na zachowaniu odpowiednich proporcji w stosunku do tradycyjnych instrumentów. Oczywiście, jeżeli chcesz być postrzegany jak zespół grający a nie odtwarzający muzykę. Zerova to kapela, która w niebezpieczny sposób balansuje na tej granicy. Na całe szczęście Adrian Jakuć – Łukaszewicz, wie co to znaczy umiar i w bardzo rozsądny sposób korzysta z całej palety pogłosów i możliwości jakie daje programowanie. Zadbał też o odpowiednie zróżnicowanie – mamy tu zarówno mocniejsze utwory, z silnej eksponowanym rytmem, jak i bardziej melodyjne. Tych drugich jest mniej. Można, tylko żałować, że Paweł Dudziński odpowiedzialny za gitarę tak rzadko decyduję się na wyjście na pierwszy plan. Najwięcej dobrego za to napisać można o wokalizach – odnoszę też wrażenie, że za główny nośnik emocji uchodzi tutaj śpiew Mai Chmurkowskiej.

„Hello Tree” to w pełni świadoma kontynuacją szlaku obranego przez formacje na debiutanckiej płycie – mogłoby się wydawać, iż wszystko jest OK. Tutaj jednak coś nie współgra, czegoś brakuje. Jest poprawnie, bywa ciekawie, czasem bardzo dobrze. Ale to za mało, bo w ewidentny sposób kuleje melodyka, która mogłaby w jakikolwiek sposób wyróżnić Zerova na muzycznej mapie świata. Debiutancka płyta zespołu – „I Think We’re Lost” miała prawdopodobniei więcej niedociągnięć, ale posiadała przy tym też swój własną niepowtarzalną atmosferę, a tego na „Hello Tree” brakuje najbardziej. Kompozycją brakuję rysy, skazy szaleństwa, bez którego niezwykły głos wokalistki zatraca swój charakter. Oczywiście znajdziemy tutaj przebłyski talentu, którego w żadnym wypadku nie można im odmówić – chociażby taki „Krater” zdecydowanie wybijająca się z marzycielskiego marazmu całości. Do najpiękniejszych momentów krążka zaliczyć można również początkowy fragment „Pavement”. Gdzieś na tej wysokości pojawia się całkiem realna szansa, że płyta pozostawi po sobie jednoznacznie pozytywne wrażenie – niestety zamiast tego Zerova serwuje nam na pożegnanie kilka minut nużących dźwięków w postaci „Ending New Ending”.

Jeśli można by porównać muzykę Zerovej do szlaku turystycznego to z całą pewnością nie będzie to najchętniej wybierany przez słuchaczy kierunek muzycznych poszukiwań. Maja Chmurkowska i spółka to formacja, która robi kawał dobrej roboty na polskiej scenie, ale – umówmy się – to co tworzą, w skali świata nie jest ani wizjonerskie, ani odkrywcze.

6/10